Obserwatorzy

sobota, 15 kwietnia 2017

Rozdział 1

Madelyn szła właśnie wzdłuż straganów Magicznego Świata. Rozglądała się za kimś kto mógłby jej pomóc w jej nowej misji. Potrzebowała informacji. Jedyne co wiedziała to, że jakaś czarodziejka zaczęła niszczyć barierę. Miała zapobiec tragedii. Zasklepić dziury pomiędzy dwoma światami. Ale przede wszystkim nie zrobi wszystkiego sama, musiała znaleźć sojuszników. Po udanych zakupach w sklepie ze słodyczami i uśmiechem na twarzy zaczęła wracać do karczmy gdzie się zatrzymała. Przystanęła gdy usłyszała krzyk młodego chłopaka błagającego o ratunek. Rozejrzała się po rynku i zauważyła scenę na której prezentowano niewolników. Niewolnictwo było legalne w Magicznym Świecie i to obrzydzało ją najbardziej. Współczuła  chłopakowi, którego dwa wielkie osiłki  wlekły po scenie. Nie był brzydki, ale jego ubiór nie pasował do tej ładnej twarzy. Na ramiona miał zarzucony kawałek brudnej tkaniny w jaką ubierano wszystkich niewolników. Miał krótko przystrzyżone włosy i ogoloną twarz. Madelyn wywnioskowała po tym że nie dawno został porwany i najprawdopodobniej był jakimś szlachcicem. Zwykli niewolnicy nie krzyczeli bo wiedzieli, że nie ma dla nich ratunku i jedyne o co mogli zrobić to modlić się o jak najlepszego i wyrozumiałego pana.  Zaczęła się licytacja. Po kilku chwilach na scenę wszedł groźnie wyglądający mężczyzna i podał chłopcu środek nasenny. Ułatwiało to przeniesienie przerażonego niewolnika. Chłopak padł w ramiona swego nowego pana. Mężczyzna zapłacił i zabrał chłopaka ze sceny kierując się do karocy naszykowanej już wcześniej. Nie mogła na to patrzeć. Nie mogła dopuścić by choćby jeszcze jeden niewolnik wpadł w ręce jakiegoś bogacza. Musiała coś zrobić. Zdecydowała się wkroczyć do akcji. Za sceną znajdował się wielki namiot, w którym przebywali niewolnicy. Wiedziała co robić aby rozproszyć uwagę przeciwnika. Planowała podciąć linki podtrzymujące tył namiotu aby poleciał na scenę i na ludzi obserwujących licytowanych oraz podpalić cały namiot aby wzbudzić panikę wśród tłumu. Szepnęła zaklęcie i w jej dłoniach pojawił się mały płomyczek. Podpaliła skrawek namiotu a następnie zabrała się za linki. Podeszła do nich i przecięła je swoim sztyletem Ostrze przeszło tak gładko jak przez masło. Namiot zaczął opadać powodując krzyki przed namiotem.
-Magis – wyszeptała (więcej po łacinie). Po tym słowie ogień zaczął się rozprzestrzeniać po całym płóciennym namiocie. Wszyscy zaczęli uciekać z namiotu. Już miała pobiec w ich kierunku gdy ktoś złapał ją za ramię.
-A ty co tu robisz? Zapytał łysy mężczyzna stojący za nią. Był mocno napakowany ale dziewczyna nie sądziła, że był mocno inteligentny.
Złapała za jego rękę i wykręciła ją do góry. Z satysfakcją usłyszała dobrze jej znany gruchot kości. Mężczyzna krzyknął kiedy złapała uszkodzoną rękę i zaczęła go związywać linkami znajdującymi się w jej plecaku. Na sam koniec zawiązała mu usta aby szybko go nie znaleźli po krzykach i ruszyła dalej rzucając czar zapomnienia na jęczącego mężczyznę. Niewolnicy byli skupieni w grupę. Siedzieli na ziemi ubrani w łachmany. Trzech ochroniarzy pilnowali ich. Inni zapewne zajmowali się gaszeniem podpalonego namiotu. Na jej korzyść ogień magiczny jest dużo trudniej ugasić niż normalny. Prawie wszyscy ludzie koło namiotu uciekli przed ochroniarzami, którzy sprawdzali czy nie mają nic wspólnego z nieoczekiwanym pożarem. Żeby nie wzbudzić podejrzeń wzięła tacę z owocami z pobliskiego stołu, który kiedyś znajdował się w namiocie, a aktualnie stał pod niebem. Zaczęła iść w ich stronę trzech mężczyzn, którzy zwrócili się w jej kierunku z pytaniem w oczach.
-Czego taka ładna panienka tu szuka? – zapytał jeden z nich.
-Przyniosłam trochę jedzenia dla nich. Wskazała na niewolników po czym się uśmiechnęła.
- Nie jedli od wczoraj, a pan mówi że nie mogą zdechnąć przed licytacją.
Mężczyźni pokiwali głowami i przepuścili ją bacznie obserwując. Podeszła do grupy mężczyzn i kobiet siedzących na ziemi i zaczęła rozdawać owoce. Zatrzymała się przy chłopaku tak zakneblowanym, że nie dawał rady się ruszyć. Miał białe włosy i jasną cerę. Musiał pochodzić z innej krainy, gdyż tak jasne włosy na tym terenie były niespotykane. Musiał również być niebezpieczny bo nie zaknebluje się tak mocno zwykłych niewolników.
-Moglibyście mu zdjąć ten knebel? Nie mogę dać mu jeść – zapytała z jak najszczerszym uśmiechem wyrażającym współczucie.
-Oczywiście. Tylko uważaj piękna bo jest trochę niebezpieczny. Powiedział i puścił jej oczko. Przełknęła obrzydzenie, które nagle poczuła i zajęła się mężczyzną, któremu właśnie zdejmowano metalowy knebel. Mężczyźni odeszli od niego i stanęli na swoich miejscach kawałek od tej grupy ludzi. Zaczęła karmić białowłosego winogronami aby nie wzbudzić podejrzeń. Kiedy zobaczyła, że odeszli na taką odległość żeby nie usłyszeli jej szeptu zaczęła wdrażać swój plan.
-Chcę was uwolnić tylko musicie mnie posłuchać – zaczęła mówić do wszystkich ludzi siedzących koło niej i białowłosego.
- Teraz zachowujcie się normalnie ale gdy zacznę zajmować się ochroniarzami musicie uciekać do tamtej uliczki. Wskazała ciemną uliczkę niedaleko miejsca gdzie wszyscy się znajdowali. Rozumiała jednak że większość niewolników jest osłabiona przez małe racje żywnościowe więc musiała kupić trochę więcej czasu. Zastanawiała się co zrobić gdy usłyszała głos chłopaka, którego karmiła.
-Nie dam rady w tych metalowych kajdanach. Jeśli dasz mi swój sztylet który aktualnie trzymasz przy udzie to może dał bym rade się uwolnić– powiedział spokojnym i opanowanych głosem.
-Skąd wiesz? – nie wiedziała skąd nieznajomy tak nagle ją przejrzał. Najwyraźniej wiedział od samego początku co knuje.
- Nie jestem taką płotką jak ci głupcy – przechylił głowę w stronę trzech ochroniarzy.
-Szłaś takim krokiem jak wyrachowani zabójcy żeby nie nadziać się na swój własny sztylet trzymany w ukryciu przy ciele.
-Nie czas na gadanie.
 Przypatrzyła się na metalowe ciężkie kajdany i mruknęła z niezadowolenia. Musiała użyć czaru. Ujawnić się przed zupełnie obcą osobą. Nie chciała tego, a jednocześnie musiała to zrobić. W końcu jej dobre serce wygrało bitwę w jej głowie.
-Zajmę się tobą gdy skończę z tamtymi – powiedziała tak cicho, że tylko on mógł ją usłyszeć.
-Słuchać mnie teraz wszyscy. Jeśli wam życie miłe biegnijcie ile tchu w płucach gdy podejdę do nich i uderzę pierwszego. Nie oglądajcie się za siebie tylko biegnijcie.
Dziewczyna miała doskonały plan. Przynajmniej tak sądziła. Podeszła do chłopaka i uklękła przed nim.
-Teraz zacznę zamrażać kajdany. Trochę to potrwa zanim będziesz mógł je rozerwać.
Zabrała się za swoją robotę.
-Glacies (lód) – szepnęła a kajdany zaczęły pokrywać się kryształkami lodu.
 Chłopak popatrzył na nią wzrokiem wyrażającym zrozumienie. Wiedział teraz kim była.
-Mam na imię Will – powiedział.
-Jestem Megan.
-Ładne imię. Megan – zwrócił się do niej.
Nie mogła mu przecież podać swojego prawdziwego imienia. Gdyby wiedział kto ją przysłał ona i mistrz mieliby przechlapane.
-Ładne imię. Wiesz…Jestem bardzo osłabiony i nie wiem czy nawet dam radę wstać nie mówiąc już o walce.
Spodziewała się takiego wyznania. Już wcześniej przypuszczała, że głodzili go kilka razy więcej od innych niewolników.
- Jak już mówiłam pomogę ci gdy ich załatwię.
-Postaraj się nie zabić. Jesteś moją jedyna szansą na ucieczkę i wolność.
- Nie zabiję się-  powiedziała pewnym głosem.
Zaczęła iść w kierunku trzech ochroniarzy.
-Już skończyłam, panowie.
-Nie dałabyś się zaprosić do karczmy na piwo bądź wino. My stawiamy – powiedział jeden z nich.
- Ostatnio bardzo ciężko pracuję i nie mam chwili wytchnienia. Przykro mi – jej głos nie wyrażał ani cienia szczerości.
Podała im dłoń aby jak normalni mężczyźni pocałowali ją. Nie zorientowali się, że chodzi o podstęp. Kidy pierwszy zbliżył twarz do jej ręki szybko uderzyła go w nos. Cofnął się nagle łapiąc za krwawiący nos. Kątem oka zauważyła niewolników biegnących do ciemnej uliczki. Ochroniarze byli tak zajęci dziewczyną, że nie zauważyli uciekających.
-Suka!
Jego towarzysze byli tak zszokowani przez chwile że nie wiedzieli przez moment co się święci.
Kopnęła w brzuch mężczyznę z rozkwaszonym nosem, a ten upadł na ziemię stękając z bólu. Jeden zaliczony pomyślała. Jeszcze dwóch.
- Ventum (wiatr) – powiedziała.
Podmuch powietrza odepchnął dwóch pozostałych opryszków.
-Colligationem (zwiąż). Wszyscy trzej mężczyźni leżeli przed nią z rozszerzonymi oczami.
- Obliviscatur (zapomnij) – nie mogła przecież dopuścić aby ją rozpoznano na ulicach tak małego miasteczka.
Usłyszała kroki za sobą i odwróciła się w kierunku dźwięku.
-Miałem zamiar ci pomóc ale nieźle sobie poradziłaś, czarodziejko.
Z cienia wyłoniły się dwie postacie. Młodzi mężczyźni byli w podobnym wieku. Pierwszy był ubrany w strój szlachecki w kolorze fioletu i bieli. Włosy miał czarne tak bardzo, że przypomniała sobie wszystkie zamkowe piwnice, które odwiedziła w swoim życiu. A uwierzcie nie było ich mało. Na dłoniach miał całkiem ładne rękawiczki. Natomiast młodszy odziany był w luźne szare szaty. Z boku miał przywieszone kilka sztyletów. Nie trudził się w ich ukryciu. Czuprynę miał w kolorze blond. Przypatrzyła im się uważnie i spostrzegła czarny znak na dłoni pierwszego z nich wystającego z pod rękawiczki.
-Jesteś wampirem – zwróciła wzrok na twarz pierwszego mężczyzny. Nie wydawał się przejęty tym że ktoś odkrył jego tożsamość.
-Jesteś spostrzegawcza. – odpowiedział na jej stwierdzenie.
-Co tu robisz? I kto stoi za tobą? Twój niewolnik? – zadała te pytania i spojrzała na młodszego i mniejszego chłopaka stojącego kawałek za wampirem. Przez twarz chłopaka przeszedł taki grymas smutku, że poczuła się winna.
-Nie widać? Stoję. Za mną stoi mój przyjaciel, nie niewolnik. -Powiedział ku uldze młodszego.
Moje gratulacje poradziłaś sobie i uwolniłaś grupę niewolników. Tylko nie pomyślałaś o jednym. Co oni teraz zrobią? Nie mają ani grosza ani jedzenia.
Faktycznie nie pomyślała. Wampir westchnął i spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem.
-Dobra pomogę im, dam im trochę kasy na początek ale ty będziesz mi winna przysługę. Jasne?
Nie miała wyboru musiała się zgodzić. Inaczej na sumieniu będzie miała śmierć grupy ludzi.
- W ramach rozsądku zgodzę się na wykonanie przysługi.
Ostrożnie uścisnęła mu dłoń. Sama nie raz podejmowała próby zabicia kogoś przez podanie mu dłoni lub innych takich.
-Coś czuję, że spotkamy się niedługo – uśmiechnął się do niej i ruszył w stronę ciemnej uliczki, do której uciekli niewolnicy.
Za nim poszedł blond włosy chłopak. Oglądał się raz za razem jakby przeczuwał że dziewczyna się na niego rzuci. Kiedy znikli jej z oczu przypomniała sobie o Willu. Podbiegła do chłopaka, który już bez kajdanek ledwo co trzymał się na nogach.
-Złap się mnie. Pomogę ci .
Nie protestował, nie miał na nic siły. Nie dziwiła mu się, wiele przeszedł. Planowała zabrać go do pokoju, który wynajęła w pobliskiej karczmie. Ruszyli przez zatłoczony targ. Chłopak nie był ciężki. Pod brudną tkaniną mogła policzyć jego żebra. Nie do końca wiedziała co takiego robi. Po co mu pomaga? Przecież mogła go zostawić. Ale serce jej na to nie pozwoliło. Jej mistrz zwykł powiadać
-Twoje serce jest za miękkie, kiedyś podczas walki przypomnisz sobie moje słowa i zaczniesz żałować, że nie poszłaś na nauki do surowego zabójcy.
Odpowiedziała mu, że nigdy nie będzie żałować nauki podjętej u niego ale nie mogła zapomnieć tego jednego zdania wypowiedzianego do niej.
-Dziękuję – odezwał się Will - bez ciebie nie dał bym rady przeżyć – powiedział już ze spuszczoną głową.
- Nic nie mów, nie trać sił. Jak dojdziemy do karczmy gdzie wynajęłam pokój to dam ci ubranie, coś do jedzenia i picia.
Popatrzył na nią wzrokiem wyrażającym taką wdzięczność. W tym momencie Madelyn uwierzyła, że robi dobrze. Uśmiechnęła się do niego delikatnie. Szli kilka minut, dla Willa były to kilka najdłuższych i najbardziej męczących minut w życiu. Serce podskoczyło mu z radośnie kiedy usłyszał:
- To tutaj. Zaraz będziesz mógł odpocząć.
Podniósł głowę i zobaczył ładną karczmę. Budynek by ł wykonany z drewna. Na dworze na parapetach były poustawiany kolorowe kwiaty w donicach. Wprowadziła go do karczmy cały czas podtrzymując. Weszli do pomieszczenia - jadalni. Madelyn przywitała się z właścicielem karczmy stojącym za barem. Był to starszy mężczyzna z lekko siwą brodą. Koło niego stała starsza kobieta, która aktualnie odbierała zamówienia. Zaczęła iść w kierunku schodów znajdujących się za barem. Dziewczyna uważała, że takie rozwiązanie jest wręcz genialne. Właściciele mogli pracować za barem i jednocześnie pilnować kto wchodzi na górę do pokoi   Starszy mężczyzna popatrzył na nią wzrokiem wyrażającym zdziwienie. Zawsze przychodziła sama, a teraz przyprowadziła ze sobą chłopaka i to w jakim stanie.
- To mój brat, bił się z kolegami – powiedziała bez zająknięcia – Ma może pan jakieś bandaże?
- Oczywiście. Zaraz przyniosę do twojego pokoju.
-Mógłby jeszcze pan przygotować dwie strawy? Również prosiłabym o przyniesienie ich do mojego pokoju.
-Zaraz wszystko przyniosę – odpowiedział jej.
Jakoś wtaszczyła Willa na górę i weszła z nim do pokoju. Wynajęła mały i przytulny pokoik. Przez dwa okna wkradało się światło do małego pomieszczenia. Na środku stało dwuosobowe łóżko. Uwielbiała wygodę co się dziwić. Położyła chłopaka na łóżko.
- Czemu się mną zajmujesz? – zapytał.
- Właściwie sama nie wiem – mówiła zgodnie z prawdą.
- Zaraz opatrzę ci zatarcia po tych kajdanach. Po co cię zakuwali jak i tak i nie miałeś siły się ruszyć?
- Nie wiem. Ich się zapytaj, chyba myśleli, że jestem niebezpieczny.
- No, płotką to ty raczej nie jesteś. Skąd wiedziałeś, że mam sztylet przy udzie?
- Mistrz mnie tego nauczył – odpowiedział i potrząsną głową aby odgarnąć włosy opadające mu na czoło. Nie miał siły unieść nawet ręki. Postanowiła mu pomóc i odgarnęła piękne białe kosmyki. Jej oczom ukazały się spiczaste uszy charakterystyczne dla pewnej rasy.
-Jesteś elfem!?
-To pytanie czy stwierdzenie?
- Stwierdzenie. Już wiem dlaczego cię tak mocno zakuli.
Tutejsza ludność nie wiedziała praktycznie nic o elfach, a wiadomo jak się czegoś nie zna to wymyśla się różne bajki. Elfy były bardzo niebezpieczne bo potrafiły używać i zaklęć i broni podobnie jak czarodzieje i czarodziejki – najsilniejsza rasa magiczna. Nie wiele o nich wiadomo bo potrafili się świetnie ukrywać i rzadko komu się pokazywali. Miejscowe opowiadania mówiły, że elfy głodzone przez miesiąc dalej żyły i miały siłę walczyć. Oczywiście Madelyn wiedziała że to są bujdy ale i tak trzymała się na baczności.
-Ile cię głodzili?
-Nie wiem, trudno jest liczyć dni niewolnikowi. Przypuszczam, że około tygodnia. – powiedział już sennym głosem.
Jeśli on tydzień nie jadł to ona nie dziwiła się że jest tak osłabiony.
-Nie zasypiaj jeszcze. Zjesz strawę i możesz iść spać.
W tej chwili usłyszała pukanie. Wstała od łóżka i podeszła do drzwi. Podziękowała i odebrała dwie strawy oraz apteczkę. Pomogła podnieść się do siadu Willowi i podała mu widelec. Dostali mięso z ziemniakami i jakąś surówką.
-Jedz powoli bo gorące – ostrzegła choć wiedziała,  że się jej nie posłucha.
Gdy skończyli jeść rzuciła czar usypiający na chłopaka. Padł od razu na łóżko. Chciała oszczędzić mu bólu. Podeszła do wiaderka wody ustawionego przy łóżku i nalała trochę do miski. Następnie zaczęła obmywać mu rany. Widziała jak krzywił się przez sen, ale nie zważała na to musiała oczyścić otarcia aby nie pojawiła się ropa. Kiedy skończyła zaczęła obwiązywać nadgarstki chłopaka oraz kostki bandażami. Spojrzała na niego ostatni raz i poszła ponownie na targ aby kupić mu coś do ubrania. Nie mogła dopuścić przecież aby w JEJ pokoju siedział brudny chłopak.
Po zakupieniu niezbędnych rzeczy udała się do pokoju i ujrzała śpiącego chłopaka. Will raczej będzie spać do jutra. Nawet jak czar przestanie działać to on i tak się nie obudzi. Tego była pewna. Był tak wykończony, że do jutra się nie obudzi. Podeszła do łóżka i ułożyła się koło chłopaka.  Nawet nie spostrzegła kiedy zaczął ją morzyć sen.


Nao

Prolog

Prolog

Zimny wiatr rozwiewał jej włosy.
Szlochała…
Stała na zgliszczach swojego domu i wpatrywała się w jedno ciało leżące nieopodal. Był to początkujący czarodziej – jej brat. Nie przeżył spotkania z wybrańcem – człowiekiem, któremu udało się przejść przez barierę.  W jednej chwili zawalił się cały jej świat.
Dlaczego on? To pytanie raz za razem słyszała w głowie.
Z czasem jej blada twarz wykrzywiła się w paskudnym uśmiechu. W jej głowie powstał właśnie plan. Słyszała kiedyś taką opowieść…
Zaczęła się śmiać. Śmiała się przez łzy upadając na kolana i chowając twarz w dłoniach. Płacz nie ustawał, a w oczach była pustka.

To był początek TRAGEDII.






Jest to mój pierwszy blog z opowiadaniem więc proszę o wyrozumiałość za kaleczenie naszego języka. Mam nadzieję że wam się spodoba i zachęcam do komentowania.
Nao