Madelyn szła właśnie wzdłuż straganów
Magicznego Świata. Rozglądała się za kimś kto mógłby jej pomóc w jej nowej
misji. Potrzebowała informacji. Jedyne co wiedziała to, że jakaś czarodziejka
zaczęła niszczyć barierę. Miała zapobiec tragedii. Zasklepić dziury pomiędzy
dwoma światami. Ale przede wszystkim nie zrobi wszystkiego sama, musiała
znaleźć sojuszników. Po udanych zakupach w sklepie ze słodyczami i uśmiechem na
twarzy zaczęła wracać do karczmy gdzie się zatrzymała. Przystanęła gdy usłyszała
krzyk młodego chłopaka błagającego o ratunek. Rozejrzała się po rynku i
zauważyła scenę na której prezentowano niewolników. Niewolnictwo było legalne w
Magicznym Świecie i to obrzydzało ją najbardziej. Współczuła chłopakowi, którego dwa wielkie osiłki wlekły po scenie. Nie był brzydki, ale jego
ubiór nie pasował do tej ładnej twarzy. Na ramiona miał zarzucony kawałek
brudnej tkaniny w jaką ubierano wszystkich niewolników. Miał krótko
przystrzyżone włosy i ogoloną twarz. Madelyn wywnioskowała po tym że nie dawno
został porwany i najprawdopodobniej był jakimś szlachcicem. Zwykli niewolnicy
nie krzyczeli bo wiedzieli, że nie ma dla nich ratunku i jedyne o co mogli
zrobić to modlić się o jak najlepszego i wyrozumiałego pana. Zaczęła się licytacja. Po kilku chwilach na
scenę wszedł groźnie wyglądający mężczyzna i podał chłopcu środek nasenny.
Ułatwiało to przeniesienie przerażonego niewolnika. Chłopak padł w ramiona
swego nowego pana. Mężczyzna zapłacił i zabrał chłopaka ze sceny kierując się
do karocy naszykowanej już wcześniej. Nie mogła na to patrzeć. Nie mogła
dopuścić by choćby jeszcze jeden niewolnik wpadł w ręce jakiegoś bogacza.
Musiała coś zrobić. Zdecydowała się wkroczyć do akcji. Za sceną znajdował się
wielki namiot, w którym przebywali niewolnicy. Wiedziała co robić aby
rozproszyć uwagę przeciwnika. Planowała podciąć linki podtrzymujące tył namiotu
aby poleciał na scenę i na ludzi obserwujących licytowanych oraz podpalić cały
namiot aby wzbudzić panikę wśród tłumu. Szepnęła zaklęcie i w jej dłoniach
pojawił się mały płomyczek. Podpaliła skrawek namiotu a następnie zabrała się
za linki. Podeszła do nich
i przecięła je swoim sztyletem Ostrze przeszło tak gładko jak przez masło.
Namiot zaczął opadać powodując krzyki przed namiotem.
-Magis –
wyszeptała (więcej po łacinie). Po tym słowie ogień zaczął się rozprzestrzeniać
po całym płóciennym namiocie. Wszyscy zaczęli uciekać z namiotu. Już miała
pobiec w ich kierunku gdy ktoś złapał ją za ramię.
-A ty co tu
robisz? Zapytał łysy mężczyzna stojący za nią. Był mocno napakowany ale
dziewczyna nie sądziła, że był mocno inteligentny.
Złapała za
jego rękę i wykręciła ją do góry. Z satysfakcją usłyszała dobrze jej znany
gruchot kości. Mężczyzna krzyknął kiedy złapała uszkodzoną rękę i zaczęła go
związywać linkami znajdującymi się w jej plecaku. Na sam koniec zawiązała mu
usta aby szybko go nie znaleźli po krzykach i ruszyła dalej rzucając czar
zapomnienia na jęczącego mężczyznę. Niewolnicy byli skupieni w grupę. Siedzieli
na ziemi ubrani w łachmany. Trzech ochroniarzy pilnowali ich. Inni zapewne
zajmowali się gaszeniem podpalonego namiotu. Na jej korzyść ogień magiczny jest
dużo trudniej ugasić niż normalny. Prawie wszyscy ludzie koło namiotu uciekli
przed ochroniarzami, którzy sprawdzali czy nie mają nic wspólnego z
nieoczekiwanym pożarem. Żeby nie wzbudzić podejrzeń wzięła tacę z owocami z
pobliskiego stołu, który kiedyś znajdował się w namiocie, a aktualnie stał pod
niebem. Zaczęła iść w ich stronę trzech mężczyzn, którzy zwrócili się w jej
kierunku z pytaniem w oczach.
-Czego taka
ładna panienka tu szuka? – zapytał jeden z nich.
-Przyniosłam
trochę jedzenia dla nich. Wskazała na niewolników po czym się uśmiechnęła.
- Nie jedli od wczoraj, a pan mówi że nie mogą zdechnąć przed licytacją.
- Nie jedli od wczoraj, a pan mówi że nie mogą zdechnąć przed licytacją.
Mężczyźni
pokiwali głowami i przepuścili ją bacznie obserwując. Podeszła do grupy
mężczyzn i kobiet siedzących na ziemi i zaczęła rozdawać owoce. Zatrzymała się
przy chłopaku tak zakneblowanym, że nie dawał rady się ruszyć. Miał białe włosy
i jasną cerę. Musiał pochodzić z innej krainy, gdyż tak jasne włosy na tym
terenie były niespotykane. Musiał również być niebezpieczny bo nie zaknebluje
się tak mocno zwykłych niewolników.
-Moglibyście
mu zdjąć ten knebel? Nie mogę dać mu jeść – zapytała z jak najszczerszym
uśmiechem wyrażającym współczucie.
-Oczywiście.
Tylko uważaj piękna bo jest trochę niebezpieczny. Powiedział i puścił jej
oczko. Przełknęła obrzydzenie, które nagle poczuła i zajęła się mężczyzną,
któremu właśnie zdejmowano metalowy knebel. Mężczyźni odeszli od niego i
stanęli na swoich miejscach kawałek od tej grupy ludzi. Zaczęła karmić
białowłosego winogronami aby nie wzbudzić podejrzeń. Kiedy zobaczyła, że
odeszli na taką odległość żeby nie usłyszeli jej szeptu zaczęła wdrażać swój
plan.
-Chcę was
uwolnić tylko musicie mnie posłuchać – zaczęła mówić do wszystkich ludzi
siedzących koło niej i białowłosego.
- Teraz
zachowujcie się normalnie ale gdy zacznę zajmować się ochroniarzami musicie
uciekać do tamtej uliczki. Wskazała ciemną uliczkę niedaleko miejsca gdzie
wszyscy się znajdowali. Rozumiała jednak że większość niewolników jest
osłabiona przez małe racje żywnościowe więc musiała kupić trochę więcej czasu.
Zastanawiała się co zrobić gdy usłyszała głos chłopaka, którego karmiła.
-Nie dam
rady w tych metalowych kajdanach. Jeśli dasz mi swój sztylet który aktualnie
trzymasz przy udzie to może dał bym rade się uwolnić– powiedział spokojnym i
opanowanych głosem.
-Skąd wiesz?
– nie wiedziała skąd nieznajomy tak nagle ją przejrzał. Najwyraźniej wiedział
od samego początku co knuje.
- Nie jestem
taką płotką jak ci głupcy – przechylił głowę w stronę trzech ochroniarzy.
-Szłaś takim
krokiem jak wyrachowani zabójcy żeby nie nadziać się na swój własny sztylet
trzymany w ukryciu przy ciele.
-Nie czas na
gadanie.
Przypatrzyła się na metalowe ciężkie kajdany i
mruknęła z niezadowolenia. Musiała użyć czaru. Ujawnić się przed zupełnie obcą
osobą. Nie chciała tego, a jednocześnie musiała to zrobić. W końcu jej dobre
serce wygrało bitwę w jej głowie.
-Zajmę się
tobą gdy skończę z tamtymi – powiedziała tak cicho, że tylko on mógł ją
usłyszeć.
-Słuchać
mnie teraz wszyscy. Jeśli wam życie miłe biegnijcie ile tchu w płucach gdy
podejdę do nich i uderzę pierwszego. Nie oglądajcie się za siebie tylko
biegnijcie.
Dziewczyna
miała doskonały plan. Przynajmniej tak sądziła. Podeszła do chłopaka i uklękła
przed nim.
-Teraz
zacznę zamrażać kajdany. Trochę to potrwa zanim będziesz mógł je rozerwać.
Zabrała się
za swoją robotę.
-Glacies
(lód) – szepnęła a kajdany zaczęły pokrywać się kryształkami lodu.
Chłopak popatrzył na nią wzrokiem wyrażającym
zrozumienie. Wiedział teraz kim była.
-Mam na imię
Will – powiedział.
-Jestem
Megan.
-Ładne imię.
Megan – zwrócił się do niej.
Nie mogła mu
przecież podać swojego prawdziwego imienia. Gdyby wiedział kto ją przysłał ona
i mistrz mieliby przechlapane.
-Ładne imię.
Wiesz…Jestem bardzo osłabiony i nie wiem czy nawet dam radę wstać nie mówiąc
już o walce.
Spodziewała
się takiego wyznania. Już wcześniej przypuszczała, że głodzili go kilka razy
więcej od innych niewolników.
- Jak już
mówiłam pomogę ci gdy ich załatwię.
-Postaraj
się nie zabić. Jesteś moją jedyna szansą na ucieczkę i wolność.
- Nie zabiję się- powiedziała pewnym głosem.
Zaczęła iść
w kierunku trzech ochroniarzy.
-Już
skończyłam, panowie.
-Nie dałabyś
się zaprosić do karczmy na piwo bądź wino. My stawiamy – powiedział jeden z
nich.
- Ostatnio
bardzo ciężko pracuję i nie mam chwili wytchnienia. Przykro mi – jej głos nie
wyrażał ani cienia szczerości.
Podała im
dłoń aby jak normalni mężczyźni pocałowali ją. Nie zorientowali się, że chodzi
o podstęp. Kidy pierwszy zbliżył twarz do jej ręki szybko uderzyła go w nos.
Cofnął się nagle łapiąc za krwawiący nos. Kątem oka zauważyła niewolników
biegnących do ciemnej uliczki. Ochroniarze byli tak zajęci dziewczyną, że nie
zauważyli uciekających.
-Suka!
Jego
towarzysze byli tak zszokowani przez chwile że nie wiedzieli przez moment co
się święci.
Kopnęła w
brzuch mężczyznę z rozkwaszonym nosem, a ten upadł na ziemię stękając z bólu.
Jeden zaliczony pomyślała. Jeszcze dwóch.
- Ventum
(wiatr) – powiedziała.
Podmuch
powietrza odepchnął dwóch pozostałych opryszków.
-Colligationem
(zwiąż). Wszyscy trzej mężczyźni leżeli przed nią z rozszerzonymi oczami.
- Obliviscatur (zapomnij) – nie mogła
przecież dopuścić aby ją rozpoznano na ulicach tak małego miasteczka.
Usłyszała
kroki za sobą i odwróciła się w kierunku dźwięku.
-Miałem
zamiar ci pomóc ale nieźle sobie poradziłaś, czarodziejko.
Z cienia
wyłoniły się dwie postacie. Młodzi mężczyźni byli w podobnym wieku. Pierwszy
był ubrany w strój szlachecki w kolorze fioletu i bieli. Włosy miał czarne tak
bardzo, że przypomniała sobie wszystkie zamkowe piwnice, które odwiedziła w
swoim życiu. A uwierzcie nie było ich mało. Na dłoniach miał całkiem ładne
rękawiczki. Natomiast młodszy odziany był w luźne szare szaty. Z boku miał
przywieszone kilka sztyletów. Nie trudził się w ich ukryciu. Czuprynę miał w
kolorze blond. Przypatrzyła im się uważnie i spostrzegła czarny znak na dłoni
pierwszego z nich wystającego z pod rękawiczki.
-Jesteś
wampirem – zwróciła wzrok na twarz pierwszego mężczyzny. Nie wydawał się
przejęty tym że ktoś odkrył jego tożsamość.
-Jesteś
spostrzegawcza. – odpowiedział na jej stwierdzenie.
-Co tu
robisz? I kto stoi za tobą? Twój niewolnik? – zadała te pytania i spojrzała na
młodszego i mniejszego chłopaka stojącego kawałek za wampirem. Przez twarz
chłopaka przeszedł taki grymas smutku, że poczuła się winna.
-Nie widać?
Stoję. Za mną stoi mój przyjaciel, nie niewolnik. -Powiedział ku uldze
młodszego.
Moje
gratulacje poradziłaś sobie i uwolniłaś grupę niewolników. Tylko nie pomyślałaś
o jednym. Co oni teraz zrobią? Nie mają ani grosza ani jedzenia.
Faktycznie
nie pomyślała. Wampir westchnął i spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem.
-Dobra
pomogę im, dam im trochę kasy na początek ale ty będziesz mi winna przysługę.
Jasne?
Nie miała
wyboru musiała się zgodzić. Inaczej na sumieniu będzie miała śmierć grupy
ludzi.
- W ramach
rozsądku zgodzę się na wykonanie przysługi.
Ostrożnie
uścisnęła mu dłoń. Sama nie raz podejmowała próby zabicia kogoś przez podanie
mu dłoni lub innych takich.
-Coś czuję,
że spotkamy się niedługo – uśmiechnął się do niej i ruszył w stronę ciemnej
uliczki, do której uciekli niewolnicy.
Za nim poszedł
blond włosy chłopak. Oglądał się raz za razem jakby przeczuwał że dziewczyna
się na niego rzuci. Kiedy znikli jej z oczu przypomniała sobie o Willu.
Podbiegła do chłopaka, który już bez kajdanek ledwo co trzymał się na nogach.
-Złap się
mnie. Pomogę ci .
Nie
protestował, nie miał na nic siły. Nie dziwiła mu się, wiele przeszedł.
Planowała zabrać go do pokoju, który wynajęła w pobliskiej karczmie. Ruszyli
przez zatłoczony targ. Chłopak nie był ciężki. Pod brudną tkaniną mogła
policzyć jego żebra. Nie do końca wiedziała co takiego robi. Po co mu pomaga?
Przecież mogła go zostawić. Ale serce jej na to nie pozwoliło. Jej mistrz zwykł
powiadać
-Twoje serce jest za miękkie, kiedyś podczas walki przypomnisz sobie moje słowa i zaczniesz żałować, że nie poszłaś na nauki do surowego zabójcy.
-Twoje serce jest za miękkie, kiedyś podczas walki przypomnisz sobie moje słowa i zaczniesz żałować, że nie poszłaś na nauki do surowego zabójcy.
Odpowiedziała
mu, że nigdy nie będzie żałować nauki podjętej u niego ale nie mogła zapomnieć
tego jednego zdania wypowiedzianego do niej.
-Dziękuję –
odezwał się Will - bez ciebie nie dał bym rady przeżyć – powiedział już ze spuszczoną
głową.
- Nic nie
mów, nie trać sił. Jak dojdziemy do karczmy gdzie wynajęłam pokój to dam ci ubranie,
coś do jedzenia i picia.
Popatrzył na
nią wzrokiem wyrażającym taką wdzięczność. W tym momencie Madelyn uwierzyła, że
robi dobrze. Uśmiechnęła się do niego delikatnie. Szli kilka minut, dla Willa
były to kilka najdłuższych i najbardziej męczących minut w życiu. Serce
podskoczyło mu z radośnie kiedy usłyszał:
- To tutaj.
Zaraz będziesz mógł odpocząć.
Podniósł
głowę i zobaczył ładną karczmę. Budynek by ł wykonany z drewna. Na dworze na
parapetach były poustawiany kolorowe kwiaty w donicach. Wprowadziła go do
karczmy cały czas podtrzymując. Weszli do pomieszczenia - jadalni. Madelyn
przywitała się z właścicielem karczmy stojącym za barem. Był to starszy
mężczyzna z lekko siwą brodą. Koło niego stała starsza kobieta, która aktualnie
odbierała zamówienia. Zaczęła iść w kierunku schodów znajdujących się za barem.
Dziewczyna uważała, że takie rozwiązanie jest wręcz genialne. Właściciele mogli
pracować za barem i jednocześnie pilnować kto wchodzi na górę do pokoi Starszy
mężczyzna popatrzył na nią wzrokiem wyrażającym zdziwienie. Zawsze przychodziła
sama, a teraz przyprowadziła ze sobą chłopaka i to w jakim stanie.
- To mój
brat, bił się z kolegami – powiedziała bez zająknięcia – Ma może pan jakieś
bandaże?
-
Oczywiście. Zaraz przyniosę do twojego pokoju.
-Mógłby
jeszcze pan przygotować dwie strawy? Również prosiłabym o przyniesienie ich do
mojego pokoju.
-Zaraz
wszystko przyniosę – odpowiedział jej.
Jakoś
wtaszczyła Willa na górę i weszła z nim do pokoju. Wynajęła mały i przytulny
pokoik. Przez dwa okna wkradało się światło do małego pomieszczenia. Na środku
stało dwuosobowe łóżko. Uwielbiała wygodę co się dziwić. Położyła chłopaka na
łóżko.
- Czemu się
mną zajmujesz? – zapytał.
- Właściwie
sama nie wiem – mówiła zgodnie z prawdą.
- Zaraz
opatrzę ci zatarcia po tych kajdanach. Po co cię zakuwali jak i tak i nie
miałeś siły się ruszyć?
- Nie wiem.
Ich się zapytaj, chyba myśleli, że jestem niebezpieczny.
- No, płotką
to ty raczej nie jesteś. Skąd wiedziałeś, że mam sztylet przy udzie?
- Mistrz
mnie tego nauczył – odpowiedział i potrząsną głową aby odgarnąć włosy opadające
mu na czoło. Nie miał siły unieść nawet ręki. Postanowiła mu pomóc i odgarnęła piękne
białe kosmyki. Jej oczom ukazały się spiczaste uszy charakterystyczne dla
pewnej rasy.
-Jesteś
elfem!?
-To pytanie
czy stwierdzenie?
-
Stwierdzenie. Już wiem dlaczego cię tak mocno zakuli.
Tutejsza
ludność nie wiedziała praktycznie nic o elfach, a wiadomo jak się czegoś nie
zna to wymyśla się różne bajki. Elfy były bardzo niebezpieczne bo potrafiły
używać i zaklęć i broni podobnie jak czarodzieje i czarodziejki – najsilniejsza
rasa magiczna. Nie wiele o nich wiadomo bo potrafili się świetnie ukrywać i
rzadko komu się pokazywali. Miejscowe opowiadania mówiły, że elfy głodzone
przez miesiąc dalej żyły i miały siłę walczyć. Oczywiście Madelyn wiedziała że
to są bujdy ale i tak trzymała się na baczności.
-Ile cię głodzili?
-Nie wiem,
trudno jest liczyć dni niewolnikowi. Przypuszczam, że około tygodnia. –
powiedział już sennym głosem.
Jeśli on
tydzień nie jadł to ona nie dziwiła się że jest tak osłabiony.
-Nie
zasypiaj jeszcze. Zjesz strawę i możesz iść spać.
W tej chwili
usłyszała pukanie. Wstała od łóżka i podeszła do drzwi. Podziękowała i odebrała
dwie strawy oraz apteczkę. Pomogła podnieść się do siadu Willowi i podała mu
widelec. Dostali mięso z ziemniakami i jakąś surówką.
-Jedz powoli
bo gorące – ostrzegła choć wiedziała, że
się jej nie posłucha.
Gdy
skończyli jeść rzuciła czar usypiający na chłopaka. Padł od razu na łóżko.
Chciała oszczędzić mu bólu. Podeszła do wiaderka wody ustawionego przy łóżku i
nalała trochę do miski. Następnie zaczęła obmywać mu rany. Widziała jak krzywił
się przez sen, ale nie zważała na to musiała oczyścić otarcia aby nie pojawiła
się ropa. Kiedy skończyła zaczęła obwiązywać nadgarstki chłopaka oraz kostki
bandażami. Spojrzała na niego ostatni raz i poszła ponownie na targ aby kupić
mu coś do ubrania. Nie mogła dopuścić przecież aby w JEJ pokoju siedział brudny
chłopak.
Po
zakupieniu niezbędnych rzeczy udała się do pokoju i ujrzała śpiącego chłopaka.
Will raczej będzie spać do jutra. Nawet jak czar przestanie działać to on i tak
się nie obudzi. Tego była pewna. Był tak wykończony, że do jutra się nie
obudzi. Podeszła do łóżka i ułożyła się koło chłopaka. Nawet nie spostrzegła kiedy zaczął ją morzyć
sen.
Nao